... czyli mikołajkowe latanie.
Myślę sobie, że ludzie dzielą się na normalnych i nie bardzo. Ci pierwsi dzielą się na latających i nielotów. A latający znów podlegają podziałowi na tych co chcą, oraz na tych co chcą ale nie mogą.
Dziś (5 grudnia 2009) zgodnie z umową i zapowiedzią na lotnisku spotkaliśmy się w gronie ludzi normalnych, latających i tych którzy chcą. Wielu nas wprawdzie nie było, ale pomimo wszystko postanowiliśmy „poszukać św. Mikołaja” pod olsztyńskim niebem, bo przecież jak coś, to Gość chcąc nie chcąc musiał już dziś rozpoczynać latanie z prezentami prawie jak szybownik - „od komina do komina”.
Wczoraj pogoda, jak zwykle łaskawa dla szybowników, wyraźnie wskazywała nam gdzie dziś powinniśmy zostać. No, ale, jako że zawsze jest jakieś ale, „Primus Inter pares” pod względem głodu latania z naszego Klubu pojawili się ku zdziwieniu pilotów LPR oraz „przelotnego Litwina” z Jaka 52, z mocnym postanowieniem – latamy. Wielu wprawdzie nas nie było, ale frekwencję dopełnili Ci którzy dziś przybyli na pierwsze, organizacyjne spotkanie kandydatów do szkolenia szybowcowego w 2010 r.
Latać zaczęliśmy prawie jak na starym westernie – w samo południe. Jako, że wszyscy jesteśmy „gentelmanami” na pierwsze loty poszły nasze przyszłe Koleżanki z grupy podstawowej 2010 r. I tu pierwsze i to jak wielkie zdziwienie. Okazało się, że św Mikołaj na windzie czyli Sylwek jest w stanie sprawić cud. No, może nie cud w tym biblijnym wydaniu, ale w lotniskowym na pewno. Okazało się, że i na naszym „boisku” za wyciągarką można uzyskać wysokość 400 – 500 m i to w dwuosobowej załodze na Puchaczu.
{rokbox thumbcount=|3|}images/stories/mikolajki/*{/rokbox}
{rokbox thumbcount=|3|}images/stories/Lotnisko/epod/*{/rokbox}
Potem rozpoczęliśmy latać my – czyli Kołek, Jarek, Adam, Darek no i ja czyli atlas. Ciągi były wysokie, turbulencji zero, nosić oczywiście nie nosiło bo i co niby miało nosić, ale by oddać szacunek atmosferze, powiem, nigdzie też nie dusiło co przy wysokich ciągach pozwalało polatać w jednym locie około 7 do 10 min. Polataliśmy do woli, a że przy tym jak w piosence „marzły uszka nam i nóżki” nie miało dla nas większego znaczenia. Lataliśmy do godziny 15-tej. Potem zwyczajowe, lotniskowe czynności – rozbrajanie szybowca, hangarowanie. No i umawianie się na następne latanie bo, że chcemy i będziemy latać w to akurat nikt nie wątpił. Ba, to że nie spotkaliśmy św Mikołaja nie miało znaczenia. Mogliśmy się spotkać my, a to akurat ma wielkie znaczenie.
Chcę przy tym podziękować Sylwkowi za wyciągarkę i Januszowi za Kierownictwo „sprawcze”,a Michałowi za obecność i latanie wraz z nami, bo to także dla nas szybowników ważne kiedy widzimy, że nasze pasje nie przeszkadzają nikomu, a wręcz odwrotnie.
Co zatem dalej? Dalej latamy. Jeśli tylko pogoda pozwoli, wszak sezon 2009 jeszcze nie jest zakończony. Zatem do zobaczenia następnym razem.
atlas











